Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja komiksu - II wojna domowa

Wojna Domowa to koncept komiksowy, który doskonale nadaje się do przetwarzania w różnorakiej formie. Niebanalne pytanie o formę działalności superbohaterów może zostać przedstawione z powodzeniem zarówno na dużym ekranie jak i na kartach książki (czego byliśmy świadkami). Pech chciał jednak, że wraz ze wzrostem popularności tych przetworzeń (ściśle mówiąc- jednego, Captain America: Civil War), Marvel postanowił ugrać na tym jak najwięcej. Problem polega na tym, że bohaterowie nie będą kłócić się jeszcze raz o rejestrację. Trzeba było poszukać czegoś, co znowu będzie mogło ich poróżnić… I coś takiego znaleziono. Konkretniej- znalazł to Brian Michael Bendis.

Komiks II Wojna Domowa, kiedy wychodził w USA nie spotkał się ze zbyt dobrym przyjęciem. Czytelnicy wytykali, że za dużo rzeczy w nim nie gra, zarówno jeżeli chodzi o sam pomysł jak i szczegółowe prowadzenie fabuły. Niewielu jest zwolenników tego eventu. Osobiście zaliczam się do krytyków. Rozumiem przy tym decyzję Egmontu o wydaniu tego tomu- niestety jeżeli chce się wydać całościowo i dobrze tę komiksową erę nie można przeskoczyć także i II Wojny Domowej. Podejmując się zadania recenzji chciałem w jak największym stopniu dać tej historii drugą szansę, poznać ją na nowo. Kto wie, może z biegiem czasu zauważę w niej coś nowego? No i niestety zauważyłem. Moje podejście do historii jest inne, niż za pierwszym razem, jednak… Autorzy komiksu nie powinni być z tego zadowoleni. 

Nad Nowy Jork nadciąga chmura Terrigenu zwiastująca pojawienie się nowych Inhumans. Ludzie wychodzą na ulicę by zobaczyć to wielkie wydarzenie. Wśród nich znajduje się także młody Ulysses, który nie podejrzewa nawet, że to wydarzenie może zmienić nie tylko jego życie, ale także losy świata. Okazuje się, że jest on Inhumanem. Jego nadludzką zdolnością są przychodzące z nienacka wizje przyszłości. Kiedy superbohaterowie dowiadują się o istnieniu kogoś z takimi zdolnościami rozpoczynają debatę o tym, czy mogą wykorzystywać jego moce w walce z przestępczością. Sytuacja zaognia się jednak w momencie, w którym na misji spowodowanej wizję Ulysesa ginie War Machine. Dochodzi do konfliktu pomiędzy bohaterami. 

Zacznijmy może od elementów optymistycznych. Są nimi ilustracje. II Wojna Domowa to naprawdę dobrze narysowany komiks, na najwyższym poziomie. Rysunki jako takie są świetne, oddają dobrze wygląd postaci, ich mimikę oraz otoczenie. Bez zbytnich ekstrawagancji opowiadają przedstawiony świat. Szczególnie podobają mi się twarze postaci, które są nad wyraz dopracowane. Oprócz tego bardzo dobrze grają tutaj kolory- kiedy trzeba mroczniejsze, w innych wypadkach jasne. Warstwa graficzna dała mi naprawdę bardzo dużo zabawy. Niestety… to chyba koniec pozytywów. 

Już w okresie, w którym ukazywały się zeszyty składające się na II Wojnę Domową denerwowało mnie bardzo to, że koncepcja jest w mojej ocenie niesamowicie naciągana. W przypadku pierwszej wojny domowej konflikt bohaterów był realny, był czymś naturalnym. Grupa bohaterów stała się przecież de facto przestępcami, trzeba było ich spacyfikować. Jako stróże prawa jedni bohaterowie walczą o to by zapanował porządek , drudzy zaś (jako ścigani) walczą o przetrwanie ale też (jako ruch oporu) o wolność. W przypadku drugiej wojny domowej konflikt jest bardzo sztuczny. Pierwsze skrzypce grają w nim emocje i zasadniczo nie widzę żadnych podstaw do tego by konieczna była tutaj walka. Naprawdę, widzieliśmy już nieraz, że stronami konfliktu są cywilizowani ludzie. Takie osoby powinny umieć usiąść i porozmawiać bez niepotrzebnego przelewu krwi. Zresztą (co akurat było w tekście komiksu zaznaczane, chociaż większych konsekwencji nie wywołało) są to w przeważającej większości osoby, które przeżyły już raz tragedię konfliktu bohaterów. Doskonale rozumieją do czego on prowadzi. Niestety nie powstrzymuje ich to przed bezsensowną walką. 

Samo podłoże konfliktu nie jest specjalnie rozbudowane ani ambitne. Sprowadza się do pytania czy można karać ludzi za coś, czego jeszcze nie zrobili. Pytanie nie jest nowe, a w nauce prawa karnego (bo w zasadzie tej materii tutaj dotykamy) pojawiało się już wielokrotnie w przeszłości. Największą emanacją była teoria Cesare’a Lambroso, który wprost twierdził że można wykazać predyspozycje określonych osób do popełniania określonych typów czynów zabronionych na podstawie ich cech zewnętrznych. Konstatacją jego twierdzeń było to, że powinno się działać prewencyjnie, stosując wobec potencjalnych sprawców środki oddziaływania, dzięki którym uniemożliwi się im popełnianie przestępstw. Koncepcja Lombroso została szeroko potępiona, a dzisiaj nikt nie ma wątpliwości, że jest ona w wolnym, demokratycznym społeczeństwie nie tylko niedopuszczalna, ale i szkodliwa. Podstawą prawa karnego demokratycznego państwa prawnego jest zasada indywidualnej odpowiedzialności za czyn. To człowiek, który popełnił czyn zabroniony powinien odpowiadać, pod warunkiem jednak że można mu zarzucić winę (chodzi tutaj o obiektywną zarzucalność tego, że zachował się w sposób sprzeczny z normami ustanowionymi w celu ochrony określonych dóbr prawnych, przez co spowodował naruszenie tych dóbr, lub sprowadził niebezpieczeństwo naruszenia) oraz że nie występują okoliczności wyłączające przestępność czynu (w Polsce przykładowo obrona konieczna czy stan wyższej konieczności) lub wyłączające winę (w Polsce przykładowo nieświadomość przestępności czynu). Widać więc tutaj, że nie tylko samo popełnienie czynu zabronione warunkuje odpowiedzialność karną, ale też musi nastąpić w określonych warunkach (które najczęściej zostają spełnione). Jest to generalnie zgodne ze sprawiedliwością, którą odczuwa każdy z nas. Pamiętajmy, że państwo nie jest bytem nadrzędnych nad człowiekiem. To ludzie tworzący społeczność powołują państwo w celu ochrony ich interesów. Przenoszą pewne kompetencje na państwo w celu gwarantowania ich bezpieczeństwa. Państwo, które przekracza ten mandat i zamiast ochrony interesów ludzi samo stosuje wobec nich bezpodstawnie przemoc, jest nikim innym jak bandytą. Owszem, działania podjęte w kierunku osoby, która nie popełniła jeszcze przestępstwa, ale co do której możemy się spodziewać, że przestępstwo popełni nie stanowią kary (która z samej definicji ma być reakcją na naruszenie ładu społecznego), a przemoc wyrządzona jednostce, która nie zakłóciła w żaden sposób porządku publicznego. Naprawdę wydaje mi się, że nie trzeba specjalistycznej wiedzy by mieć tego wszystkiego świadomość (oczywiście poza prawniczymi rzeczami, na które się powołałem, chodzi mi tutaj o ogólny zarys). Dyskusja ta nie jest już tak atrakcyjna jak w momencie zadawania pytania o możliwość karania bez wystąpienia przestępstwa, a było to wiele lat temu. 

Brian Michael Bendis ma jednak inne zdanie, przez co niestety czytelnik dostaje tom, który oferuje mu pseudofilozoficzną rozrywkę. Niestety. Jest to o tyle widoczne dla nie, że jako osoba skłonna chętnie oddawać się takim rozmyślaniom, w ogóle nie poczułem się zainspirowany do poczynienia jakichkolwiek. Bendis zresztą nieudolnie zarysowuje to filozoficznie pytanie, a jeszcze bardziej nieudolnie na nie odpowiada. A może w ogóle nie ma odpowiedzi? Ta narodzić powinna się w umyśle czytelnika, jednak Bendis rzadko kiedy daje nam bodźce do tego. W tym aspekcie komiks stanowi więc średnio wartościową literaturą. 

Kwestia reakcji postaci na wydarzenia z komiksu też pozostawia wiele do życzenia. Bohaterowie  w kontaktach z Ulyssesem tak na dobrą sprawę nie wiedzą z kim mają do czynienia. I tak wieloletni żołnierz USA, Carol Danvers postanawia w imię ratowania bezpieczeństwa ludzi zaufać człowiekowi tylko dla tego, że parę razy udało mu się prawidłowo przewidzieć przyszłość. W ogóle nie zastanawia ja co by się stało, gdyby człowiek ten miał złe zamiary, przepowiadał nieprawdę, albo pod pozorem przepowiadania przyszłości odwracał uwagę od innych rzeczy, które mogą mieć długofalowe skutki. A co jeżeli po prostu kilka razy mu się udało? Ta sama osoba zresztą, która musiała zawalczyć o swoją pozycję, stoczyła masę potyczek z super złoczyńcami i która wie doskonale jak przebiegli potrafią być ludzie, stwierdza że będzie aresztowała ludzi bez jakiegokolwiek dowodu ich winy. Co tam, może znajdą się w trakcie postępowania. Problem polega jednak na tym, że jest to ewidentne łamanie praw człowieka i żadne państwo by na to nie pozwoliło. A jakby państwo pozwoliło, to społeczność międzynarodowa by nie pozwoliła. A najlepsze jest to, że można przeprowadzić coś podobnego bez łamania niczyich praw. Bo wiecie, istnieje coś takiego jak usiłowanie. Usiłowanie jest odrębnym typem przestępstwa, co więcej (w Polsce) zagrożone taką samą karą jak czyn usiłowany. Wystarczy podstawić oddział prewencyjny w miejscu i czasie domniemanej tragedii. Wystarczy wszystko zabezpieczyć. W momencie następującym bezpośrednio przed dokonaniem (np. sięgnięcie po pistolet) można rozpocząć akcję. I niczyje prawa nie są łamane. Zaskakujące jest, że Tony Stark nie mógł o tym pomyśleć, lecz wybrał otwartą walkę. Ale fajnie, czytelnicy się cieszą, bo superbohaterowie się biją. Przynajmniej w teorii. A właśnie, skoro jesteśmy przy tym elemencie- coś mało walki tutaj jak na WOJNĘ DOMOWĄ. To bardziej coś w rodzaju bitewek domowych. Nie dziwcie się więc, że te filozoficzno-prawne kwestie zajmują tak dużą część recenzji- sam komiks taki jest (niestety). 

Bez zbędnego wdawania się w szczegóły, które poznacie czytając komiks, wypunktuję takie rzeczy, które wprowadziły mnie w niemałą konsternacje jak idiotyczna reakcja Starka na wieść o tym co stało się z War Machine, porwanie Ulysesa (to przecież musiało skończyć się dobrze, prawda?), niespójność (aresztowanie jednego z bohaterów to temat do przemyśleń, ale casualowe aresztowanie człowieka z ulicy- norma. Kto by się tym przejmował, nie?). I tego jest więcej. Niestety psuje to zabawę.

Całość czyta się (co jest zaskakujące w największym stopniu) szybko i przyjemnie. Naprawdę, tak złą rzecz przeczytałem o wiele szybciej niż niejeden świetny komiks. Nie jestem w stanie powiedzieć dlaczego, ale jeżeli wyłączyłbym mózg, to naprawdę mógłbym się dobrze bawić. Nie wiem czy to wrodzona tendencja do cieszenia się rzeczami złymi czy może faktycznie w tej całej beznadziejności jest to czytadło, które potrafi wypełnić jakoś czas. Ta szybkość i przyjemność czytania oczywiście jest jedynie pozorna, ponieważ co chwilę zatrzymywałem się by pomyśleć coś w rodzaju „WTF?”, ale uczciwość wymaga bym ją zaznaczył. Bardzo ładna jest też galeria okładek, ale domyślam się, że nikt nie kupi komiksu właśnie dla niej. Niemniej przeczytajcie ten tom. Dlaczego? Bo kilka wątków będzie istotne w prześwietnym (tutaj jestem chyba w zdecydowanej mniejszości) Secret Empire. Ale na nie jeszcze troszkę poczekamy, więc pozostanie wam chwilowy grymas na ustach. Na szczęście- to mija. 


Krzysiek "Sobb" Sobieraj

II Wojna Domowa
Scenarzysta: Brian Michael Bendis
Ilustrator: David Marquez
Tłumacz: Marek Starosta
Ilość stron: 288
Cena z okładki: 69,99 zł




Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2019 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.