Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "X-Men Geneza Wolverine" - PuppetMaster

Zapewne wszystkim Wam znany jest koncept szwedzkiego stołu. Na środku sali znajduje się stół, który obchodzimy, wybierając różne przekąski układające się w ten sposób w niepowtarzalną kompozycję. Zestaw smaków jest wprawdzie bogatszy, niż w przypadku tradycyjnego, dwudaniowego obiadu z deserem, ale nie zawsze wytworzona mieszanka przypada nam do gustu i w pełni zadowala nasze kubki smakowe, które nie zdołały nasycić się najlepszymi doznaniami.

Dlaczego zacząłem od takiej restauracyjnej metafory? Bo podobnie jest z adaptacjami, które mają do wykorzystania wyjątkowo obszerny materiał źródłowy. Zazwyczaj twórcy ograniczają się do kilku najbardziej odpowiadających ich wizji wątków. Można wprawdzie spróbować nagromadzić jak najwięcej motywów w półtoragodzinnym zestawie ruchomych obrazów, ale niekoniecznie musi to odpowiadać specyfice X muzy.

Dlaczego przeszedłem do wywodów o adaptacjach opartych na bogatym pierwowzorze? Bo ów syndrom "szwedzkiego stołu" dotknął właśnie najnowszej produkcji z bohaterami ze stajni Marvela - "X-Men Geneza Wolverine". Mając do dyspozycji tony wydanych na przestrzeni ostatnich 35 lat pozycji z Loganem w roli głównej, twórcy wykorzystali ich całkiem sporo. I niekoniecznie wyszło to filmowi na dobre. Co nie oznacza, że mamy do czynienia z dziełem złym.

Przykłady na potwierdzenie zarzutu? Choćby początek filmu, który w kilka minut streszcza kilkadziesiąt stron komiksowego oryginału, wprowadzając tym samym kilka uproszczeń i usuwając niedopowiedzenia będące siłą pierwowzoru. Do jeszcze większej kondensacji wydarzeń dochodzi podczas (bardzo efektownej, swoją drogą) wejściówki, która przypomina niedawną odpowiedniczkę z ekranizacji „Watchmen” (czyżby mowa moda?). Porusza ona jednak wątek, który zaliczam do zdecydowanych plusów tej produkcji.

Może puryści będą kręcić nosem, ale rozwiązanie kwestii relacji Wolverine'a i Sabretootha uważam za dobre posunięcie ze strony scenarzystów. Wyłożenie sprawy na talerzu już w pierwszych minutach pozwala cieszyć się nam przez resztę filmu czystą esencją tej pary – starającego się zachować człowieczeństwo Jamesa stającego naprzeciw dającego upust swojej żądzy krwi Victorowi - co rzecz jasna wiąże się z kilkoma pojedynkami. Zdecydowanie najbardziej przypadła mi do gustu potyczka z udanym występem gościnnym drewnianych bali.

Należy też od razu pochwalić odtwórcę roli Szablozębnego, czyli Lieva Schreibera. Jego kreacja jest dla mnie największym pozytywnym zaskoczeniem tej produkcji. Tak jak wielu fanów, wystraszony w nieco inną stronę niż zazwyczaj aparycją aktora, podszedłem do tej roli z dystansem. Niepotrzebnie - Sabretooth jest w tym filmie dokładnie taki, jaki powinien być. Cyniczny, pewny siebie, pozbawiony skrupułów i czasami po prostu groźny. 

Powrót do argumentacji mojej tezy wiąże się z ostatnim element celtyckiej triady, bo oprócz dobrego i złego musi być jeszcze (nie, nie brzydki) dziewczyna tego dobrego. Hollywood wymaga przecież obowiązkowego wątku romantycznego. No to go dostajemy. Jednak jeden z zastosowanych przez scenarzystów zwrotów akcji sprawia, że związek Logana i Silver Fox traci na swojej mocy, przez co trudno jest nam się w niego zaangażować.

Tym samym można przejść do szerszej refleksji - galeria postaci, które spotykamy jest spora - co rusz fanowskie serce bije szybciej, widząc znane z kart komiksu postaci. Szybko jednak można nabawić się arytmii, gdyz wiąże się to z tonami niewykorzystanego potencjału bohaterów, którzy dostają DOSŁOWNIE pięć minut dla siebie. A to pociąga za sobą uproszczenia i przeinaczenia. W tym dość licznym gronie in plus wybijają się, moim zdaniem, will.i.am jako Wraith, Kevin Durand wcielający się w Bloba (przezabawny dialog z Loganem) i Ryan Reynolds grający tradycyjnie wygadanego Wade’a Wilsona. W tym ostatnim przypadku należy jednak - w kontekście finału - wstawić erratę i ostrzeżenie dla purystów, gdyż twórcy kilka naprawdę drastycznych zmian, które jednak zagwarantowały efektowny finał. Sympatycznie wypadł też Gambit, ale chciałoby się go w tej produkcji mieć o wiele więcej. Po drugiej stronie barykady znalazł się Agent Zero, grany przez Daniela Henneya, który jest pozbawioną jakiejkolwiek wyrazistości wersją Mavericka z mooocno przesadzonymi zdolnościami.

Jak na film akcji przystało, mamy do czynienia z efektownymi pościgami, ucieczkami i zwrotami akcji, przez co ani przez chwilę nie myślimy o ziewnięciu. Samych pojedynków Wolverine-Sabretooth widzimy kilka. Ważne jest też, że sceny te są całkiem pomysłowe i da się z nich wyłowić parę kozackich akcji do ciągłego przewijania podczas oglądania wersji DVD. A ostatnia walka, gdzie dla pewnej odmiany, panowie James i Victor stają ramię w ramię (a raczej plecy w plecy) do starcia z Weapon XI nie zasługuje na potraktowanie innym przymiotnikiem jak "epicka".

Dlaczego nie wspomniałem jeszcze o odtwórcy roli głównego bohatera? Bo nie ma w sumie zbyt dużo do powiedzenia na ten temat – Hugh Jackman JEST Wolverinem. Jego aparycja przedstawia się jeszcze lepiej niż w poprzednich filmach z serii „X-Men”, a aktorsko dobrze wpasowuje się on we wszystkie stany emocjonalne, które Logan przechodzi w tym filmie - od luzaka z nieśmiertelnym słowem „bub” w ustach, na iście zwierzęcej furii skończywszy.

Czas na małe podsumowanie. Jak napisałem w rozbudowanym wstępie, największą bolączką tej produkcji jest mnogość poruszonych wątków, która wymusza szybkie tempo i pewną wybiórczość. Z chęcią zobaczyłbym dłuższą wersję filmu, która lepiej pociągnęłaby parę motywów. Z drugiej strony, wpływa to na fakt, że podczas seansu nie można nawet przez moment się nudzić. Otrzymaliśmy osadzony w realiach „X-Men” film akcji, który ogląda się z przyjemnością. W sam raz na piątkowy wypad do kina, czy też domowy seans kilkoma znajomymi przed telewizorem i kilkoma puszkami piwa pod stolikiem.

Na wszelki wypadek przypominam też, by wbrew większości widzów przeczekać całą listę płac w celu obejrzenia dodatkowej sceny (ponoć jednej z kilku).

 

PuppetMaster
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.